W tym blogu (cokolwiek miało by to oznaczać, w sumie) znajdziecie zbiór notatek z wyjazdów. Jest w tym trochę bałaganu! Będzie tu zarówno sporo fragmentów zawierających informacje krajoznawcze i praktyczne jak i zupełnie nic nie znaczących.

środa, 28 marca 2012

Wypadek - analiza przypadku

Dane wstępne: Polska, Beskid Niski, grupa 10 osób, 1 przewodnik; początek stycznia; temperatura -20°C, wieje silny wiatr; jest dużo kopnego śniegu, jest godzina 17.00; wycieczka narciarska wyruszyła tego dnia o godzinie 7.00 przeszła już około 30 GOT; wycieczka znajduje się w lesie bukowym (nie na drodze); do najbliższej wioski jest około 7 km w dzikim terenie; nie ma zasięgu GSM, wycieczka zjeżdża po zalesionym stoku, uczestnicy są dość rozproszeni. Podczas zjazdu jeden z uczestników „nie wyrobił się” i uderzył z dość dużą prędkością w drzewo. Leży w śniegu i się nie rusza.
1. Ocena zagrożenia.

zagrożenie stwierdzone
postępowanie
efekt
zagrożenia obiektywne


niska temperatura
odpowiednie ubranie
rozdanie ciepłych napoi
skupienie razem
ognisko
zagrożenie częściowo zażegnane
nadal obecne
wiatr
jw
jw
ciemność
wyjęcie i zapalenie latarek
jw
śnieg
nic
nadal obecne
zagrożenia subiektywne


brak kwalifikacji
= narty
= jeden przewodnik

zdjęcie nart
nic

zagrożenie zażegnane
nadal obecne
zmęczenie
odpoczynek/postój
podanie ciepłych napoi
jedzenie
zagrożenie częściowo zażegnane
emocje
zdecydowane podjęcie akcji ratunkowej
jw
 
WNIOSKI: AKCJA RATUNKOWA PROWADZONA W SYTUACJI NIEBEZPIECZNEJ

2. Ocena liczby poszkodowanych. Konieczne jest przeliczenie wszystkich uczestników i ocena ile osób w danym momencie jest poszkodowanych. W tym samym czasie mógł się pojawić „dodatkowy” poszkodowany.
Dane: Są wszyscy uczestnicy. Okazuje się że oprócz osoby leżącej po zderzeniu jest jeszcze jedna uczestniczka która zgłasza że nie czuje palców u lewej stopy.

WNIOSKI: MAMY DWÓJKĘ POSZKODOWANYCH


 

Wypadek

Co zrobić, gdy już coś się stanie? W teorii jesteśmy zobowiązani do postępowania zgodnie z zasadami “pierwszej pomocy”, a więc wezwania służb ratowniczych i zabezpieczenia poszkodowanego. Na pewno to podejście w krajach o dużej dostępności do służb ratowniczych i służb medycznych jest właściwe. Przy takim założeniu umiejętności, które powinniśmy posiąść to:  
  1. zasady resuscytacji krążeniowo-oddechowej (BLS)
  2. zasady zabezpieczania poszkodowanego przed działaniem czynników uszkadzających
  3. zasady tamowania krwawień i krwotoków
Taka jest teoria. W praktyce nawet w warunkach polskich gór czas oczekiwania na pomoc może być liczony w godzinach. A na wyjazdach w dalsze regiony po prostu jesteśmy zdani tylko na siebie.

CZAS START  
Najważniejsze jest postępowanie zgodnie ze schematem. Zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji i warunkach! Schemat trzeba mieć przemyślany i przećwiczony przed tym jak wypadek się zdarzy! Ideą tego schematu jest nieprzerwane prowadzenie przez osobę najbardziej doświadczoną (zarządzającego w sytuacji kryzysowej kierownika) oceny kolejnych czynników. 
 
Ogólny schemat postępowania przy wypadku.Na podstawie: J.E. Campbella Basic Trauma Life Support dla paramedyków i ratowników medycznych, Medycyna Praktyczna, Kraków 2006.
Podczas oceny możemy stwierdzić zaistnienie zagrożeń kluczowych co uprawnia i zmusza nas do przerwania ścieżki oceny i przejścia do ścieżki czynności zabezpieczających bądź leczniczych.
Usuniecie przyczyny przerwania oceny (zażegnanie zagrożenia kluczowego) lub wdrożenie pełnego postępowania koniecznego do osunięcia takiej przyczyny uprawnia i zmusza nas do powrotu na ścieżkę oceny poszkodowanego. W praktyce jeżeli w akcji ratowniczej uczestniczy jedna osoba to jest ona zmuszona do każdorazowego przerwania oceny w przypadku zagrożenia kluczowego, przystąpienia do czynności zabezpieczających i leczniczych i powrotu w przypadku zażegnania tego zagrożenia. W czasie akcji ratowniczej w której jest wielu ratujących prowadzący akcje możne tylko zlecać wdrożenie procedur usuwających takie zagrożenie samemu kontynuując ocenę.

Ocena miejsca zdarzenia

STOP! = Sit, Think, Observe and Plan! Zdarzył się wypadek. Przed Tobą najważniejsze sekundy. Nie panikuj, nie rzucaj się do pomocy bez sensu. Zatrzymaj się! Zmuś się do opanowani emocji i przemyśl zaistniałą sytuacje. Pamiętaj to zdecydowanie najważniejszy etap postępowania ratunkowego! Do zastanawiania się nad składowymi „Oceny miejsca zdarzenia” będziesz wracał podczas akcji ratunkowej wielokrotnie wraz z napływającymi danymi w trakcie rozwoju akcji ratunkowej. Nigdy nie zapomnij, że to właściwa ocena miejsca zdarzenia jest najważniejsza.  

Oceń bezpieczeństwo.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Ty lub pozostali uczestnicy jesteście zagrożeni. Do wypadków najczęściej dochodzi w miejscach niebezpiecznych – Wy też się w tym miejscu znajdujecie. Najpierw musisz zabezpieczyć grupę i siebie. Aż do momentu, w którym nie stwierdzisz, że wszyscy są bezpieczni, poszkodowany jest nieważny. Wyszczególnij zagrożenia obiektywne i subiektywne występujące w danej chwili. Zaistnienie takiego zagrożenia będzie zdarzeniem kluczowym ze schematu. Zastanów się jak możesz zredukować ich wpływ na siebie i pozostałych uczestników zdarzenia. Wdróż konieczne postępowanie!
Oceń zasoby swojej grupy. Zastanów się jak liczna jest grupa, jaka jest sprawność fizyczna poszczególnych uczestników i ich forma psychofizyczna w danym momencie doświadczenie „górskie” i dodatkowe umiejętności. Jakim sprzętem dysponujecie? Czy dysponujecie jedzeniem i napojami? Wnioski z tych rozważań musisz dołączyć do oceny bezpieczeństwa miejsca zdarzenia (to dzięki tej ocenie wyszczególnisz zagrożenia subiektywne). Będą one ważne na każdym etapie zastanawiania się nad możliwością przeprowadzenia danego postępowania.

Oceń liczbę poszkodowanych.

Pamiętaj, że wbrew pierwszemu wrażeniu poszkodowanych może być więcej. Pamiętaj również, że w trakcie prowadzenia akcji ratunkowej mogą pojawić się kolejni poszkodowani.

Zastanów się nad wezwaniem pomocy.

Czy wezwać pomoc? Po pierwsze musimy ocenić czy istotnie potrzebna jest nam pomoc fachowa. Sprawa z reguły nie jest skomplikowana – taka konieczność wynika ze stosowanego schematu np. BLS (à) lub z prostego stwierdzenia na dowolnym etapie oceny, że osoba poszkodowana będzie potrzebowała pomocy lekarskiej i nie jesteśmy w stanie wyraźnie powiedzieć w jakiej perspektywie czasowej. Mówiąc ogólniej, kiedy (i) nie wiemy co robić, (ii) nie wiemy jak może wyglądać stan poszkodowanego w przyszłości (iii) wiemy, że stan poszkodowanego bez interwencji lekarskiej się nie poprawi lub pogorszy, potrzebujemy pomocy. Po drugie musimy określić możliwość wezwania pomocy. Możemy sobie wyobrazić kilka sytuacji: (i) istnieje możliwość natychmiastowego zdalnego zgłoszenia (telefonicznie, droga radiową) zapotrzebowania na pomoc fachową (służby ratownicze, służba medyczne) (ii) istnieje możliwość wezwania pomocy fachowej przy pomocy posłańca; czas wezwania daje się przewidzieć, (iii) nie istnieje możliwość powiadomienia służb ratowniczych lub nie da się przewidzieć ile to zajmie czasu.
Pamiętaj, że wzywanie pomocy przez posłańca wiąże się z uszczupleniem zasobów Twojej grupy – dysponujesz mniejszą liczbą 'ratowników' (ich siły fizycznej, wiedzy i doświadczenia) i sprzętu (jedzenia, picia itd.), który będą musieli ze sobą zabrać.

Ocena wstępna

Podejdź do poszkodowanego od przodu, tak by nie musiał odwracać głowy. Jeżeli podejrzewasz uraz głowy i kręgosłupa pozostałe czynności wykonuj po wstępnej stabilizacji głowy i kręgosłupa szyjnego (np. uchwyć pewnie rękoma głowę, ściśnij lekko głowę poszkodowanego kolanami klęcząc za nim). Zapytaj się o jego stan. Oceń reakcję. Czy odpowiada, czy jego reakcja jest adekwatna do sytuacji. Czy w ogóle reaguje na głos, czy dotknięcie.
Oceń drożność dróg oddechowych. Jeżeli chory nie mówi lub jest nieprzytomny , należy ocenić drożność dróg oddechowych. Postępuj zgodnie ze schematem BLS (à). Jeśli podejrzewasz uraz kręgosłupa i potrafisz możesz zastosować alternatywną metodę udrażniania dróg oddechowych poprzez wysunięcie żuchwy [ryc. 10]. Oceń oddech. Bezdech zmusza nas do przystąpienia zgodnie ze schematem BLS (à) do czynności resuscytacyjnych. Jeżeli stwierdzasz chrapanie, świsty, kaszel krztuszenie się przystąp do udrażnia dróg oddechowych. Popraw zastosowane rękoczyny udrażniające drogi oddechowe. Postępuj jak przy zachłyśnięciu. Sprawdź częstość i objętość oddechów. Prawidłowa częstość oddychania dorosłego to: 12-20 oddechów/minutę. Przy każdym oddechu powinien być widoczny symetryczny ruch klatki piersiowej.
  1. Oceń świadomość [AVPU]
    1. przytomny+adekwatne zachowanie
    2. reakcja na głos  
    3. odpowiedź na ból
    4. brak reakcji
  2. Oddech
    1. regularność
    2. głębokość
    3. częstotliwość
  3. Krążenie
    1. tętno – częstotliwość
    2. krwawienia/krwotoki
    3. skóra/śluzówki

Szybki badanie urazowe

To schemat badania całego ciała. Polega na dokładnym obejrzeniu i dotknięciu po kolei wszystkich partii ciała. Obejrzyj i dotknij! Zacznij od głowy i szyi czy są widoczne rany, obrzęk, czy obrys czaszki i szyi jest symetryczny, jak wyglądają źrenice. Oceń klatkę piersiową – obecność ran, symetryczność ruchów oddechowych , czy stwierdza się patologiczną ruchomość, bolesność. Obejrzyj i dotknij brzucha - czy widzisz rany, czy brzuch jest miękki. Oceń Miednicę, kończyny dolne i górne oceń obecność ran, patologicznej ruchomości bolesności.  
Po zakończeniu oceny całego ciała przystąp do zabezpieczania obrażeń w tej samej kolejności.
Badanie nieprzerwane z schemacie BTLS:
1. głowa
2. szyja
3. obręcz barkowa
4. klatka piersiowa
5. brzuch
6. obręcz miednicza
7. kończyny dolne, od uda do stóp
8. koniczyny górne, od ramienia do dłoni

lub badanie miejscowe

Jeżeli na podstawie mechanizmu urazu i ogólnego wrażenia masz pewność że uraz jest tylko zlokalizowany zajmij się oceną miejsca urazu. Wdróż konieczne postępowanie .
 
Podsumowanie kolejności działać z poszkodowanym


Ewakuacja/transport/pomoc

Decyzja o transporcie/wezwaniu pomocy

Doszliśmy do wniosku że poszkodowany nie może się poruszać. I co dalej? Możliwości są dwie albo dotransportujecie go do 'cywilizacji'' sami albo zrobi to ktoś za Was. Decyzja o podjęciu decyzji transportować poszkodowanego czy wzywać i czekać na pomoc może być bardzo trudna.
Pchać do postanowienia o transporcie (podejmij transport) będzie nas:
  1. trudne wezwanie pomocy – sytuacja gdy poinformowanie pomocy fachowej wymagałoby wielu godzin czy dni; kiedy zmuszałoby grupę do rozdzielenia i mogłoby wiązać się z ryzykiem dla pozostałych uczestników.
  2. wolne dotarcie pomocy – sytuacja gdy na pomoc trzeba czekać wiele godzin czy dni, kiedy dotarcie pomocy wcale nie jest pewne
  3. bezpieczny transport – sytuacja gdy sam transport nie niesie dodatkowych zagrożeń dla poszkodowanego czy pozostałych uczestników
  4. łatwość organizacji transportu – sytuacja gdy dysponujemy odpowiednimi umiejętnościami, sprzętem i siłami do organizacji transportu.
Pchać do postanowienia o wezwaniu pomocy i oczekiwaniu (czekaj):
  1. łatwe wezwanie pomocy – sytuacja gdy możemy wezwać pomoc zdalnie lub w szybki i bezpieczny sposób przez posłańca
  2. szybkie dotarcie pomocy – sytuacja w której wiemy że na danym terenie istnieją wykwalifikowane służby ratownicze dysponujące odpowiednimi środkami transportu (np. helikopterem)
  3. niebezpieczeństwo transportu – sytuacja, w której transport improwizowany stwarzałby dodatkowe zagrożenia zwłaszcza dla poszkodowanego np. w przypadku uszkodzenia kręgosłupa gdy bez profesjonalnych noszach nie będziemy mogli zapewnić odpowiedniej stabilizacji kręgosłupa
  4. trudność organizacji transportu – sytuacja gdy nie dysponujemy odpowiednimi umiejętnościami, sprzętem i siłami do organizacji transportu.
Najłatwiej oczywiście analizować sytuacje skrajne. Dla grupy 20 osiłków niesienie 48 kilogramowej filigranowej dziewczyny ze złamaną nogą przy możliwości wykonania noszy z np. z gałęzi nie będzie przedstawiać żadnego problemu i oczekiwanie na pomoc w lesie 5 km od szosy będzie całkowicie nieuzasadnione. Z drugiej strony wyniesienie chłopaka (ze złamaną nogą) o wadze 90 kilogramowego z niedostępnej doliny w Ałtaju przez parę towarzyszących mu osób (chłopaka i dziewczynę) będzie przedsięwzięciem całkowicie niemożliwym. I dalej ruszanie osoby po wypadku w którym podejrzewamy uszkodzenie kręgosłupa na stoku narciarskim nad Wierchomlą było by nieuzasadnione.
W rzeczywistości sytuacje wypadku zawsze będą złożone. Za każdym razem czeka nas intelektualna przepychanka możliwa po wnikliwej ocenie wszystkich 'za i przeciw'.

niedziela, 25 marca 2012

Choroba wysokościowa

Człowiek na wysokości:

Duża wysokość jest definiowana jako położenie powyżej 1500 m n.p.m. Człowiek zaczyna odczuwać dyskomfort związany z wysokością w miejscu położonym na 2500-3000 m n.p.m.
 
Wraz ze wzrostem wysokości spada ciśnienie atmosferyczne a zależność ta ma charakter logarytmiczny. Na wysokości około 5800 m n.p.m. osiąga wartość połowy tej z poziomu morza, a na wysokości szczytu Mt. Everest około jednej trzeciej. Ciśnienie atmosferyczne zależy również od szerokości geograficznej i jest mniejsze na dużych szerokościach/góry położone bliżej biegunów są wyższe „ciśnieniowo”. Znaczący jest też wpływ temperatury (tak naprawdę dla zmian ciśnienia wraz z wysokością najważniejszy), dlatego zimą i nocą ciśnienie spada, co może wiązać się np. z „podejściem” nawet o 200 m w czasie noclegu. Spadkowi ciśnienia barometrycznego odpowiada spadek ciśnienia parcjalnego tlenu, które jest głównym czynnikiem wywołującym hipoksję (niedotlenienie)– główną składową patofizjologi choroby wysokościowej/górskiej.

Wraz ze wzrostem wysokości spada temperatura powietrza – o około 6,5°C na każde 1000 m. Wiąże się to również ze spadkiem wilgotności powietrza, oraz powyżej linii wiecznego śniegu z brakiem, innej niż zamarznięta, wody. Natomiast rośnie ekspozycja na ultrafiolet – o około 4% na każde 300 m

Na dużej wysokości istnieje stały niedający się usunąć niedobór tlenu niezbędnego np. mięśniom do pracy, jelit. Mamy więc na wysokości człowieka zmęczonego.

Za możliwość przebywania na dużej wysokości odpowiada szereg fizjologicznych przystosowań (można je łącznie nazwać aklimatyzacją). Najważniejszym z nich jest zwiększenie wymiany gazowej w płucach przez zwiększenie wentylacji minutowej (pogłębienie i przyspieszenie oddechów). W bardzo dużym uproszczeniu takie „przyspieszenie oddychania” ma skutki dobroczynne – gwarantuje zwiększony dowóz tlenu do tkanek, ale i negatywne – zaburza gospodarkę kwasowo-zasadową naszego organizmu. Prawdopodobnie to jest bezpośrednią przyczyna dolegliwości na dużych wysokościach – bólu głowy, zaburzenia struktury snu itd. Mamy więc na wysokości człowieka niewyspanego i źle czującego się. Aklimatyzuje się oczywiście nasz układ krążenia, krwiotwórczy, nerki – jest to skomplikowany wieloetapowy proces fizjologiczny.

Powietrze na dużej wysokości jest suche. Każdorazowe nawilżanie tego powietrza przy dodatkowo, przyspieszonym oddechu wiąże się z utratą wody. Ta suchość powietrza i duża ekspozycja na słońce zwiększa też utratę wody i soli z potem (często z racji niskich temperatur powietrza wcale nie odczuwamy tego nadmiernego pocenia się). Opisane powyej niedotlenienie (tu akurat przewlekłe niedotlenienie przewodu pokarmowego) prowadzi do utraty apetytu i chęci picia – mniej pijemy. Zwiększa się diureza, co objawia się wzrostem częstości oddawania moczu. Co gorsza woda z lodowców/śniegu jest prawie „destylowana” picie jej bez odpowiedniego przygotowania dodatkowo pozbawia nas soli. Woda jest wreszcie trudno dostępna bo wymaga czaso- i paliwochłonnego procesu. Mamy więc na wysokości człowieka odwodnionego

O chorobie górskiej:

O chorobie górskiej (ang. Acut Mountain Sickness – AMS) mówimy gdy u osoby przebywającej na dużej wysokości (generalnie powyżej 2500 m n.p.m. występuje BÓL GŁOWY i co najmniej jeden z dodatkowych objawów:
  1. utrata apetytu, nudności, wymioty
  2. osłabienie  
  3. zawroty głowy  
  4. bezsenność
Każdy może mieć chorobę górska. Nie stwierdza się wpływu na występowania objawów AMS żadnego z czynników: wieku, płci, sprawności fizycznej, ekspozycji na wysokość w przeszłości. Każdy ma swoje tempo aklimatyzacji. Człowiek nie może być pewny że choroba górska, która się u niego nie pojawiła, w podobnych warunkach nie wystąpi!

Sam mechanizm powstawania choroby górskiej nie jest wyjaśniony. Postuluje się występowanie obrzęku tkanek mózgu o niewielkim nasileniu, spowodowanego niedotlenieniem. Na występujące objawy może też mieć wpływ niedotlenienie tkanek innych narządów – jelit, wątroby, nerek.

Choroba górska wiąże się z powikłaniami o dużej śmiertelności – obrzękiem mózgu spowodowanym dużą wysokością i obrzękiem płuc spowodowanym dużą wysokością.

     ZŁOTE ZASADY  
  1. czujesz się źle na wysokości – jest to AMS (dopóki nie udowodniono inaczej)  
  2. masz objawy AMS – nie podchodź!  
  3. jeżeli czujesz się coraz gorzej zacznij natychmiast schodzić!
Profilaktyka i przygotowanie do wyjazdu:

Kluczowa sprawą jest zapobieganie wystąpieniu i nasilaniu się objawów choroby górskiej. Najważniejsza jest odpowiednia technika nabierania wysokość [patrz ramka obok]. Należy zachować odpowiednie tempo pokonywania przewyższeń. Bardzo ułatwiają aklimatyzację dni, w których podchodzi się wysoko a śpi na wysokości, na której nie ma się objawów AMS. 

     AKLIMATYZACJA – TAK PODCHODŹ!!
  1. Prześpij jedną noc poniżej 3000 m n.p.m.
  2. W ciągu dnia pokonuj nie więcej niż 300-500 m przewyższenia  
  3. Co każde 1000 m spędzaj dwie noc w tym samym miejscu
  4. Wspinaj się wysoko, śpij nisko
  5. Pij dużo (3-5l/24h) płynów nawadniających
Ważne jest unikanie substancji wpływających hamująca na ośrodek oddechowy takich jak alkohol, leki nasenne.

U niektórych osób zaleca się profilaktykę farmakologiczną:  
  1. u osób narażonych nagłą zmianę wysokości – osoby lądujące w miastach położonych powyżej 3000 m, konieczność pokonania dużych przewyższeń w krótkim czasie
  2. u osób u których w przeszłości wystąpiła AMS
Profilaktyka farmakologiczna to podawanie Acetazolamidu 125-250 mg co 12h zaczynając od dnia poprzedzającego wznoszenie i kontynuowane do 2 – 3 dni po osiągnięciu maksymalnej wysokości.

Elementem profilaktyki /poprawy procesu aklimatyzacji/ u kobiet jest również przyjmowani preparatów żelaza, które należy rozpocząć na miesiąc przed wyjazdem i kontynuować podczas przebywania na dużej wysokości w dawce odpowiadającej około 80-100 mg Fe+2 (np. Terdyferon 1 tabl./dzień).

Postuluje się również pozytywny wpływ preparatów zawierających kofeinę, kokę, wyciągi z Ginkgo biloba.


Leczenie


Schemat postępowania w przypadku choroby wysokościowej



Podstawą leczenia AMS jest odpoczynek, dobre nawodnienie (patrz O odwodnieniu) i preparaty Paracetamolu oraz:
  1. Acetazolamid 250mg co 12h do ustąpienia objawów; lek przyspiesza aklimatyzację, znosi występowanie cyklicznych oddechów w nocy, stosunkowo powoli znosi objawy AMS; brak objawów u osoby przyjmującej Acetazolamid uprawnia ją do podjęcia dalszej wędrówki w górę; ma dużo działań ubocznych (najczęstsze to niegroźne parestezje – mrowienia kończyn); kluczową sprawą jest odpowiednie uzupełnianie płynów podczas terapii tym lekiem
  2. Deksametazon 4 mg co 6h przez 24h; lek nie przyspiesza aklimatyzacji!; bardzo szybko znosi objawy AMS; nigdy nie należy podchodzić biorąc Deksametazon, gdyż lek daje złudne poczucie bezpieczeństwa (znosi objawy nie działając przyczynowo); raczej w powikłaniach AMS; ma mało działań ubocznych;
Jeżeli stan osoby z AMS się pogarsza (dochodzi do nasilania sie powyższych objawów i pojawiają się nowe) świadczy to o dużym prawdopodobieństwie wystąpienia powikłań AMS i taka osoba musi natychmiast zacząć schodzić w dół (minimum 500-1000m).

Wystąpienie u osoby z AMS: zaburzeń świadomości (splątanie, brak zdolności do logicznego myślenia), zaburzeń zachowania (drażliwość, letarg), zaburzeń koordynacji ruchów (chwiejny chód) sugeruje obrzęk mózgu (ang. High Altitude Cerebral Edema – HACE). Postępowaniem w HACE jest:
  1. niezwłoczne rozpoczęcie schodzenia w dół (500-1000m)
  2. podanie Deksametazonu: pierwsza dawka 6 mg, a później 4 mg co 6h.
  3. leczenie tlenem
  4. leczenie w komorze hiperbarycznej

Wystąpienie w osoby z AMS: nasilającego się zmęczenia, duszności podczas spoczynku, kaszlu z odkrztuszaniem krwistej (różowa) wydzieliny, sinicy, bólu w klatce piersiowej, uczucia ciężaru w klatce piersiowej sugeruje wystąpienie obrzęku płuc (ang. High Altitude Pulmonary Edema – HAPE). Postępowaniem w HAPE jest:
  1. niezwłoczne rozpoczęcie schodzenia w dół (500-1000m)
  2. podanie Nifedypiny: pierwsza dawka 10 mg, a później 10 – 20mg co 6h.
  3. podanie Sildenafilu 
  4. leczenie tlenem
  5. leczenie w komorze hiperbarycznej



Przenośna komora hiperbaryczna (ang. portable hyperbaric chambers) to szczelny worek mieszczący człowieka zaopatrzony w ręczną pompę przy pomocy której można uzyskać wewnątrz podwyższone ciśnienie. Komory takie ważą 8-10kg. Uzyskuj się w nich ciśnienia rzędu 100 mmHg co jest równo cenne zejściu o 2000 m w dół. Podstawowy protokół obejmuje włożenie dobrze zaizolowanego (śpiwór!) poszkodowanego na jedną godzinę (1h) do komory. Więcej informacji patrz strony producentów: Chinook Medical Gear (www.chinookmed.com), Himalayan Medical Supplies (www.treksafe.com.au )



Bibliografia:
The High Altitude Medicine Guide http://www.high-altitude-medicine.com/

wtorek, 21 sierpnia 2007

droga do Osz, Pojazd towarowo-paseżerski

W czerwcu 1871 roku Aleksander Fiedczenko wyruszył z Taszkientu na wyprawę do Kotliny Fergańskiej. Dotarł do oazy Woruch i dalej, aż do lodowca, który nazwał lodowcem Szurowskiego. Wyruszał skuszony informacją o istnieniu dobrej drogi idącej przez Chodżent, Kokand i dalej krawędzią kotliny Fergańskiej. Dobrej drogi! W opisie wprawy napotykamy tumany kurzu, przepaściste koleiny, trzeszczące dyble mostów, przeprawy wpław przez rzeki, przepaście, znój i mordęgę powolnego marszu karawany, smród wielbłądów i poganiaczy.

W sierpniu 2007 stałem przed domem towarowym w Osz. Powoli rozwijała się pogawędka z taksówkarzami - szamanami wiedzy wszelkiej, specjalistami od załatwienia spraw dowolnych.

- Jest droga do Batkenu i dalej? -
- Oczywiście! Jest nowa dobra droga, bez problemu można dojechać; kanieszno, pastoili! -

Było pięknie, plany dotarcia w Turkiestański grzbiet stawały się realne. Jest droga, dobra! Trasę powrotną - 300 kilometrów - pokonaliśmy w piętnaście godzin. Piętnaście godziny w pojeździe towowarowo-pasażerskim, trzydziestoletnim Paziku załadowanym owczymi skórami i chmarą lokalnych biznesmenów i nami. Nasza droga to bezlitosne wspomnienia asfaltu, kamieniste koleiny, zalane fragmenty; w górę i w dół; koryta strumieni, przedziwne kluczenie pomiędzy enklawami. Smród, pot, wrzynające się resztki oparć ławek, rozgrzane blachy maszyny i ogrzewanie włączane dla studzenia silnika. Wymiotujący współpasażerowie. O dobrej drodze myślałem też gdy jechaliśmy tam; stojąc o drugiej w nocy w wyschniętym korycie rzeki gdzieś na Głodowym Stepie.

I nie piszę tego by powiedzieć - my też, jak pierwsi. Znam proporcję! Zwracam uwagę na to, że po prostu niewiele się zmieniło. Europejczycy nadal nie są w stanie zrozumieć tego co mówią miejscowi. Ta droga jest dobra. Ta trasa zajmuje tylko kilkanaście godziny. Przypominam sobie roześmiane twarze Tadżyków na szosie pamirskiej, gdy podczas jazdy dziurawym asfaltem wzdłuż Piandżu pokazywali nam ścieżką po stronie Afgańskiej. Tamci dobrej drogi nie mają - mają karawanową ścieżkę, wijącą się na potwornie stromym stoku przecząc prawu grawitacji. Nasza droga była dobra!

W Ozgariusz, dokąd zeszliśmy z gór szybko znalazł się lokalny biznesmen. Załatwi nam transport do Osz, autobusem z miejscowymi. Miejscowych okazuje się dość dużo. Ciągle zresztą będą dosiadać nowi. Jadą po szmotki - na bazarze w Osz kupią chińskie ubrania, które sprzedadzą w okolicznych wioskach. Dość szczęśliwie dla nas oni też muszą omijać enklawy uzbeckie. Kierowców mamy zaprawionych w bojach. Udaje się też nie zapłacić żadnej łapówki, choć kosztuje mnie to łącznie kilkadziesiąt minut rżnięcia głupa. Najpierw nie rozumiem, gdy rozpasły major stara się mi wytłumaczyć, że on biedny musi wykarmić całe koszary, a później tłumaczę, że w Polsce lekarze nie biorą łapówek, gdy policjant siedząc w radiowozie stara mi się wytłumaczyć ze ja jako lekarz to powinienem wiedzieć jak się odwdzięczyć. O trzeciej w nocy jesteśmy w Osz!

Na zdjęciach: Ozgariusz - przyjechał po nas Pazik, fot. Darek Gatkowski; wnętrze pojazdu towarowo-pasażerskiego, fot. Darek Gatkowski

niedziela, 19 sierpnia 2007

dol. Ak-suu [дол. Ак-суу], region Lajlak

I znowu mapa. Przez przełęcz Aktobiel przedostaliśmy się z dorzecza Karawszynu do regionu Lajlak (tak określa się całe dorzecze rzeki Lajla-Mazar). To drugie ze słynnych miejsc w Grzebiecie Turkiestańskim na naszej trasie.











piątek, 17 sierpnia 2007

dol. Orto-Czaszma, Serowe Kulki

Nasze dziewczyny pozują z garściami kulek serowych w rękach. Wygląda to trochę jak na promocji w supermarkecie. Uśmiechają się do klientów! Stoimy na wielkim białym osypisku, przez które wiedzie ścieżka w górne partie dol. Orto-Czaszma. Kulka serowa naprawdę wymaga zabiegów promocyjnych. Biała kulka, twarda jak kamień, potwornie kwaśna i słona, pachnąca owcą jest wyjątkowo paskudna. Świństwo. A z drugiej strony to podstawowy produkt letniego wypasu bydła, jedyne co pasterze mogą sprzedać, efekt ciężkiej pracy podczas całego sezonu, żywność na pozostałą część roku. Majątek.


Jest połowa sierpnia. Za jakieś dziesięć dni pasterze zaczną schodzić w doliny. Napotkana przez nas dwójka zwozi pierwszą partię letniej produkcji do domu. Konie są objuczone workami wypełnionymi kulkami serowymi. Za trzy dni dotrą do Samarykandyk - oazy na skraju kotliny Fergańskiej. Rozmowa jest krótka! Gest ręką wskazuje kierunek. Idą tam. Wspólne zdjęcie. Zostajemy obdarowani - Dla krasawic! - szybko rozwiązany worek i dziewczyny dostają po garści kulek. Na całe szczęści Hania jest w stanie to jeść.

Kulki serowe (kirg. Курут) wyrabia się z dowolnego mleka - owczego, krowiego, wielbłądziego, jaczego. Wszystko zaczyna się w worku, gdzie mleko po dodaniu zakwasu musi skisnąć. Tak powstaje żoormo (жоормо) lub ajran (айран) - nazwa w zależności od rodzaju mleka; które zlewa się następnie do drelichowych worów i wiesza. Teraz obcieka serwatka. Otrzymana gęsta masa sjuzme (сюзме) to podstawowy składnik wielu potraw. Podobno nigdy się nie psuje. Sjuzme można gotować z solą na małym ogniu; masa stopniowo gęstnieje i można formować z niej gałki średnicy 1 do 5 centymetrów. Gałki rozkłada się na specjalnych trzcinowych platformach lub w płaskich wiklinowych koszach i suszy na słońcu. Tak powstaje kulka serowa - produkt tyleż niesmaczny co niezniszczalny.

Na zdjęciach: Dorota i Hania fot. Mikołaj Łaniewski-Wołłk; Kirgiska nakładająca Sjuzme fot. Darek Gatkowski; Suszący się Kurut fot. Darek Gatkowski

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

dol. Karatura, Polski Pamiro-alai

Pik Panoramnyj. Na horyzoncie widać twierdzę piku Skalistego (5621 m npm) najwyższego szczyt ogromnego pasma górskiego Hisaro-ałaju. Już wiem, że nie uda się nam do niego zbliżyć, podejść. Szkoda! Może kiedyś, może już niedługo. Może uda się dotrzeć do miejsca gdzie Polacy odkrywali tą część Pamiro-ałaju.

Na przełomie lat 60-tych i 70-tych w Węźle Matcza działały dwie polskie wyprawy alpinistyczne. W obu uczestniczyli członkowie Klubu Wysokogórskiego - kierownikiem pierwszej był Tadeusz Rewaj, a później Bernard Uchmański, drugiej Andrzej Zawada. Polacy pojechali na zaproszenie klubu "Vertical" z Nowosibirska. To musiało być coś! Uczestnicy tych wypraw znaleźli się w terenie praktycznie niezbadanym i nieopisanym. Pierwsza z wypraw odniosła ogromny sukces. Polacy jako pierwsi zdobyli szesnaście szczytów w tym pik Skalistyj! Stąd też w okolicy lodowca Szurowskowo sporo znajomo brzmiących nazw pik Warszawa, pik Hanki, pik Maryli, pik 25-lecia PRL.

Od poprzedniego dnia humor miałem najogólniej mówiąc kiepski. Z planów nici. Nie dotrzemy na lodowiec Szurowskowo i koniec! Trochę za wolno chodzimy (najogólniej mówiąc). Najchętniej bym poleżał i po rozpamiętywał. Niestety! Znalazła się wesoła trójka ochotników chętnych na wyjście na Pik Panoramnyj. Trochę nie wypadło powiedzieć - Nie idę. Rano z tej trójki została już tylko jedna osoba. Zawsze tak jest. No i ja, któremu iść się nie chciało. Wyruszyliśmy ze Szwajcarem. Pod koniec podejście wlokłem się już tylko smętnie za Łukaszem błagając by kolejna kupa kamieni okazała się szczytem - połączenie braku motywacji z moim wiecznym niedostosowaniem do wysokości to rzecz straszna. Na szczycie jest pięknie. Lepszą widoczność trudno sobie wyobrazić. I jest mój pik Skalistyj!
Schodząc dostarczyliśmy sobie dodatkowych atrakcji. Nigdy nie mogę się upilnować. Złudzenie bliskości, jakie się ma w górach wysokich zawsze mnie zwodzi. Mały trawersik i będziemy w super widokowym miejscu. Najpierw są niekończące się moreny, później stromy osypujący się potwornie stok i zejście zakończone w wąskim kanionie. Ale do bazy docieramy.


piątek, 10 sierpnia 2007

wtorek, 7 sierpnia 2007

dol. Karasuu, Pasterze


Rano wyruszyliśmy w górę doliny. Cel - bliżej niesprecyzowana przełęcz. Wypadałoby gdzieś podejść. Socjo i Karolina zostali przy namiotach. Na pierwszym postoju przysiadają się do nas pasterze. Skąd jesteście i co tu robicie? Wyraźnie fascynują ich wspinacze. Nad nami wysoko na pionowej ścianie piku Asan widać trójkę wspinających się. Pokazują nam ich przez lornetkę. W pewnej chwili w ich opowieści pojawiają się kopalnie, które są tu podobno. Na morenie lodowca Asan stoi nawet ciągnik - pozostałość po działających w tym regionie geologiach. W 1936 roku po raz pierwszy w dolinie pojawili się alpiniści, którzy towarzyszyli geologom szukającym ołowiu i cyny występującym w tych górach. Jednym z członków tej ekspedycji był jeden z największych rosyjskich/sowieckich alpinistów Jewgienij Abałakow. Jewginij Abałakow (Евгений Абалаков, 1907 - 1948) był pierwszym człowiekiem, który zdobył (w dodatku samotnie - dwóch jego towarzyszy zginęło w czasie wspinaczki) najwyższy szczyt Pamiru pik Stalina 7495 m npm (obecnie szczyt został przemianowany na pik Ismail Samani). Było to w listopadzie 1933 roku; Abałakow uczestniczył wtedy w Tadżycko-Pamirskiej ekspedycji Akademii Nauk ZSRR. Czy kopalnie pamiętają tamtą ekspedycję z 1936 roku? Czy Abałakow się tutaj wspinał?

Trochę tego dnia podeszliśmy. Niedużo. Szybko zrobiło się późno. Wracaliśmy ze złymi twarzami ludzi głodnych. Ale pierwszą aklimatyzację na tym wyjeździe mamy za sobą. I tylko ten ciągnik na morenie nie daje mi spokoju. Jak mówili pasterze nigdy do tej doliny nie można było wjechać - nigdy nie było drogi lepszej niż ta, po której mogą poruszać się osły. Helikopterem go przytransportowali, czy jak?

Na zdjęciu: Kirgizki pasterz w dol. Kara-suu fot. Piotr Bielawski


dol. Kara-suu [дол. Кара-суу]



Karawszyn! Nazwa ta odpowiada rzece, biorącej początek u zbiegu rzeki Dżaupaja i Dżiptik, a także nieistniejącej już osadzie całorocznej u zbiegu trzech dolin Dżaupaja, Kara-suu i Ak-suu. Tak nazywany jest też cały region tych trzech dolin. Nie wiadomo czemu w relacjach turystów iz zapada nazwa ta pojawia się dla określenia najróżniejszych miejsc w Turkiestańskim grzbiecie; w zasadzie każdego miejsca "wspinaczkowego".

Na tej stronie mapa i zdjęcia. Na nich sporo nazw. Ustalenie nazewnictwa obiektów w grzbiecie Turkiestańskim nie jest w cale łatwe. Na dostępnych mapach topograficznych (i ich turystycznych modyfikacjach) nazwanych jest tylko kilka szczytów. Reszta nazw pochodzi z relacji wypraw (głównie alpinistycznych) w ten region. Dlatego obfitość ;-) toponimów w zasadzie występuje tylko w regionach popularnych wśród wspinaczy. Na dodatek większość wypraw nie korzystała z dorobku poprzedników, co owocowało częstym nadawaniem nowych nazw tym samym obiektem. Często też trudno jest ustalić jakim obiektom dokładnie odpowiadają wymieniane nazwy. Zamieszczone mapki i opisy zdjęć zostały opracowane na podstawie kilkunastu opisów, schematów, panoram i relacji.




niedziela, 5 sierpnia 2007

dol. Karawszyn, Gdzie jesteśmy?

Karawana! Sześć osłów, trzech Tadżyków i my. Cały dzień idziemy w górę doliny Karawszyn. Gdzie jesteśmy?

Ta cześć świata nazywana jest Azją Środkową lub Azją Centralną. Dużo bardziej cenię tą druga nazwę. Po pierwsze dlatego, że miejsce to raczej w środku geograficznym Azji nie jest. A poza tym po rosyjsku brzmi to dla mnie pejoratywnie sredniaja - jakaś taka średnia i nic więcej. Z Azja Centralną to już zupełnie co innego. To centrum; i rzeczywiście to tu spotykały się wpływy wszystkich największych cywilizacji, to ten region był zawsze otoczony trzystusześćdziesięciostoponiową panoramą kultur - basenu Morza Śródziemnego i Bliskiego Wschodu z południowego zachodu, wielkiej tajgi syberyjskiej od północy, kultur Wielkiego Stepu pod północnego-wschodu, Chin od wschodu i płw. Indyjskiego od południa.


W Azji Cenralanej są w zasadzie dwa wielkie obszary górskie Tien Szan i Pamiro-ałaj. Pamiro-ałaj to ogromny system górski ciągnący sie przez terytorium Afganistanu, Chin, Kirgizji, Pakistanu Tadżykistanu, Uzbekistanu. Od południa opada ku kotlinie Fergańskiej i Kaszgarskiej, od południowego-wschodu opiera się o pustynię Takla-Makan. Od wschodu graniczy z górami Karakorum; jego południową granicę stanowi rzeka Piandż a na zachodzie przechodzi w pustynię Kyzyłkum. Największym regionem w Pamiro-ałaju jest Pamir - Dach Świata - ogromny płaskowyż od którego w różnych kierunkach odchodzą chaotycznie wijące się pasma górskie. Pomiędzy Pamir a Tien Szanem wciśnięte są grzbiety Hisaro-ałaju - podobnie do masywu Tien Szan równoleżnikowo biegnący masyw górski - druga cześć Pamiro-ałaju.
Hisaro-ałaj ciągnie się na przestrzeni około 800 kilometrów pomiędzy kotliną Fergańską na północy i doliną Wachszu (Surchobu) na południu przez terytorium Kirgizji i Tadżykistanu.

Miejscem niezwykłym w Hisaro-ałaju jest węzeł Matczy (Matczynskij uzeł) miejsce gdzie na piku Igła spotykaja się trzy wielkie grzbiety tworzące Hisaro-ałaj - Alaiskij hrebet, Turkiestańskij hrebet i Zarawszańskij hrebet. Nasza trasa wiedzie przez północne stoki grzbietu Turkiestańskiego w okolicy węzła Matczy.

sobota, 4 sierpnia 2007

Tertgulskoje wdhr., Łapówka

Nienawidzę płacić łapówek. Jak zwykle chodzi o łapówkę! Po dwóch godzinach snu na podłodze busa wstaję. Na nogach są też już nasi kierowcy. Po pierwsze udaje się nam ustalić, że jesteśmy tam gdzie być powinniśmy. Nasze busy stają na przeciwko wjazdu do koszar dowództwa pograniczników Batkenskogo rajona. Sukces! Pojawia się też major Biektasz. On będzie decydować. O dziwo okazuje się, że papiery mamy w porządku. Jeszcze tylko pieczątka i będzie pięknie.

Od jakiegoś czasu szwendam się z teczką pod pacha i szesnastoma paszportami w reku po koszarach. Major Bektasz wciąż jest ze mną. Jak zwykle dawno przestałem się orientować, kto jest kto? Ten ostatni jest chyba z miejscowego KGB. I ten chce kasę. Nareszcie jestem na końcu mojej wędrówki. I teraz chodzi o to, żeby o tym powiedział. Najpierw zabiegi marketingowe - reklama. Ile to ja nie wiem, jak bardzo ważny nie jestem. Rozmawiasz z nie byle kim - oficerem co był w Petersburgu. Ja tu o wszystkim decyduję, ja wiedziałem, że tu przyjedziecie zanim Wy sami o tym pomyśleliście. Nawet mapa się pojawia na stole negocjacyjnym. Zobacz tu, tu i tu są strażnice za które odpowiadam. No i oferta. Pod moją opieką wszystko będzie pięknie. Pomogę Wam. Przyjedziecie bez problemu przez Tadżyckie enkalwy. A ja, cóż gram idiotę! Niczego się nie domyślam. Po prostu jestem szczęśliwy, że trafiłem na tak ważnego, a zarazem tak miłego człowieka. Mojego KGBistę to męczy. Musi się powtarzać. Zapętla się w udowadnianiu mi jaki to jest ważny i jak bardzo może i chce nam pomóc. Udało się! Wreszcie dowiaduję się, że za pomoc chce 100 USD. Uścisk dłoni i jesteśmy umówieni.

Za co płacimy? W postsowieckiej Azji Centralnej są granice. To nowość! Przez całe tysiąclecia na tym obszarze istniały ponadetniczne struktury państwowe o dość niedookreślonych granicach. Włączenie Kirgizji do carskiej Rosji, a później do Rosyjskiej Federacji Socjalistycznej Republiki Radzieckiej nic w tym względzie nie zmieniało. Geografię Azji Centrlanej kształtowało zróżnicowaniem etniczne, warunki geograficznymi, tradycja. Tak było do roku 1925. Idea razmiejewanija - porządkowania terytoriów narodowych w obrębie sowieckiego imperium zaowocowała utworzeniem obłasti Kara-Kirgiz, w 1936 Kirgiskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Wytyczone granice były absurdalne i odpowiadały głównie potrzebom polityki narodowościowej z pod znaku "dziel i rządź". Rozwój tych obszarów postępował jakby w oderwaniu od istniejących na papierze granicy. Nadal miało to jakiś sens. Ogłoszenie przez Kirgizję w 1991 roku niepodległości ukazało w pełni skutki decyji o wytyczeniu takich a nie innych granic. Aby przejechać koleją pomiędzy dwoma największymi miastami Kirgizji - Osz i Biszkekiem - trzeba podróżować przez trzy państwa Tadżykistan, Uzbekistan i Kazachstan. Droga do niektórych miejscowości na południu Kirgizji wiedzie przez kilka enklaw państw ościennych. Aby ominąć terytorium Uzbekistanu jeszcze niedawno samochody jadące z Biszkeku do Osz i dalej do Chin ciągnęły nieutwardzanymi drogami wytyczonymi na dziko poprzez pola. Drogi, pola, łąki, miejscowości poprzecinane są granicami. Na południowych obrzeżach kotliny Fergańskiej wygląda to tak, że zamieszkałe oazy są enklawami Uzbekistanu i Tadżykistanu, a cała reszta do Kirgizji.

Na udało się już kilka uzbeckich enklaw ominąć. Przed nami enklawy tadżyckie. Enklawy nie do ominięcia. Nie wiadomo w zasadzie jak rozwiązać ten problem legalnie. W Kirgizji można się dowiedzieć, że mając kirgiskie pozwolenia można przejeżdżać tranzytem przez terytorium Tadżykistanu bez wizy. Czy to prawda? Raczej nie? Czy posiadanie wizy tranzytowej, coś by zmieniło? Raczej nie? Tak czy inaczej płacimy za przejechanie przez dwie enklawy tadżyckie w konwoju wojskowym - czyli wojskowy kamaz i nasze dwa busy za nim.



Jeszcze słów kilka o o formalnościach.

Kirgizja jest krajem (jak na standardy postsowieckie) przychylnym turystom. Od 2007 nie trzeba się rejestrować, przedłużono też okres przebywania bez wizy na terytorium Kirgizji dla Polaków do 60 dni. Niedogodnością są strefy przygraniczne, na poruszanie się w których trzeba mieć specjalne pozwolenia. W załatwianiu ich pośredniczy wiele firm. Nas obsługiwała chyba największa na południu Kirgizji ITC "Asia Mountains". Polecam!


ITC "Asia Mountains"
1a, Lineinaja Str., 720021, Bishkek, Kyrgyzstan
Tel.:
+996 312 690235; 996 312 690234
Fax.: +996 312 690236
e-mail: aljona@mail.elcat.kg, asiamountains@mail.ru
www.asiamountains.net
http://asiamountains.free.fr.

piątek, 3 sierpnia 2007

Osz, Zakupy

Dolecieliśmy. Dojechaliśmy. I biegamy po bazarze. Kupiliśmy dwie tony makaronu, trzy tony ryżu, ciężarówkę bakalii, kontener zupek chińskich, wszystkie snikersy w mieście. Przynajmniej tak mi się wydaje. Mam dosyć! Padam z nóg! Lepię się z brudu. Mam nadzieję, że dziś wyruszymy w góry.

czwartek, 2 sierpnia 2007

Moskwa, Na pohybel polskim służbom konsularnym!

W sobotę 28 lipca (cztery dni przed wyjazdem!) dzwoni kolega z Moskwy, z lotniska Demodedovo. Właśnie nie wpuścili go do samolotu lecącego do Biszkeku w Kirgizji. My lecimy z tego samego lotniska.

Zgodnie z Umową między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Federacji Rosyjskiej o warunkach podróży obywateli Rzeczypospolitej Polskiej i obywateli Federacji Rosyjskiej z dnia 18 września 2003 roku art. 5 pkt 2 „Obywatele Rzeczypospolitej Polskiej, posiadający ważne bilety uprawniające do podróży do państwa docelowego lub inne dowody potwierdzające tranzytowy cel podróży i dokumenty uprawniające do wjazdu do państwa docelowego przejeżdżają przez terytorium Federacji Rosyjskiej do państwa docelowego oraz z powrotem na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej na podstawie ważnych dokumentów stwierdzających tożsamość bez obowiązku posiadania rosyjskich wiz tranzytowych. W przypadkach tych okres pobytu na terytorium Federacji Rosyjskiej nie może być dłuższy niż 10 dni, licząc od dnia wjazdu."

Zgodnie prawem Republiki Kirgiskiej o „Migracji wewnętrznej” art. 6 pkt 1 [часть 1 ст.6 Законa КР от 17 июля 2000 года N 61 "О внешней миграции" (В редакции законов КР от 21 ноября 2002 года N 153, 6 августа 2005 года N 125)] dokumentem uprawniającym obywateli obcego państwa, których obowiązuje ruch bezwizowy w Republice Kirgizji do wjeżdżania, wyjeżdżania, przejeżdżania tranzytem i przebywania na terytorium Republiki Kirgizji jest paszport.

Rzeczpospolita Polska jest na liście państw której obywatele są objęci ruchem bezwizowym z Republiką Kirgizji [Закон КР от 17 июля 2000 года N 61 "О внешней миграциeи" (В редакции законов КР от 21 ноября 2002 года N 153, 6 августа 2005 года N 125)]


Łukasz miał przy sobie bilety kolejowe z Brześcia do Moskwy i na samolot z Moskwy do Biszkeku. Nie miał oczywiście wizy Kirgistanu bo nie mógł jej mieć. Nie miał również wizy tranzytowej przez Rosję, bo jej nie potrzebował. A usłyszał, że umowa wygasła, że nie on pierwszy cwany polaczek próbował zasłonić się jakąś tam umową i że oni wszystko wiedzą, a wylecieć nie wyleci. I śmieją się mu w twarz. I nie poleciał.
A wątki poboczne! Dyżurny konsul ambasady RP w Moskwie nie miał pojęcia że istnieje taka umowa i że Polakom przysługuje możliwość bezwizowego tranzytu. Nie wiedział również że Polacy są objęcie w Kirgizji ruchem bezwizowym. Świetne! My natomiast w ciągu tych czterech dni zdążyliśmy pójść do Ambasady Federacji Rosyjskiej i wykonać kilkanaście telefonów do straży granicznej i punktu konsularnego na lotnisku Demodedovo, ambasady RP w Moskwie. Podobno będzie dobrze. Ale ja nie wierzę!

Najciekawszą rozmowę odbyłem z p. Zubrzyckim konsulem RP w Moskwie. Interpretacja umowy, której fragment jest powyżej była tak kuriozalna że trudno ją streścić. Pan Zubrzycki wyraźnie martwił się naszym powrotem. A gdy usłyszał że będziemy w Kirgizji miesiąc wręcz się szczerze zatroskał - bo przecież w Kirgizji możemy być 30 dni (co zresztą nie jest prawdę – Polacy bez wizy mogą przebywać na terytorium Republiki Kirgiskiej 60 dni), a koniecznym jest żeby czas naszego tranzytu przez Rosję zmieścił się w okresie maksymalnego dozwolonego pobytu w Kirgizji (w tych 30 dniach). Po krótkich rachunkach okazało się że nie jest źle. Doba która potrzebna była nam na dojazd do Polski z Moskwy mieściła się. I tu nastąpiło najlepsze. Pan Zubrzycki twierdził, że nie jest tak pięknie. W tych 30 kirgiskich dniach musi mieścić się całe 10 dni, o których jest mowa w umowie. Rozumiecie!?

Na lotnisku oczywiście musieli nas trochę potrzymać. Nie mogło być od tak, prosto. Ale w samolocie siedzimy.

Na pohybel polskim służbom konsularnym!

środa, 11 lipca 2007

Warszawa, Przygotowania

Niedługo jedziemy! Trwa zabawa. Zabawa „Organizacja wyjazdu do Azji Centralnej”. Wszystko wydaje się takie łatwe.

Hania była we Frankfurcie nad Menem odebrać nasze bilety lotnicze. Okazało się że nawet w Niemczech są miejsca gdzie można poczuć się jak w Rosji. Hania w krótkich słowach została poinformowana, że ma w zasadzie to biletów nie dostanie bo Pani jest zajęta. Zajęta i już! W pustym biurze. Po namowach, bo przecież dzwoniłam, powiedziano, że się dziś uda, jest informacja na stronie internetowej, no a dbałość o klienta, a w ogóle to kocham Rosję i byłam tam nie raz i jest najfajniej na świecie znalazł się współpracownik, podwładny, który czas miał. Pierwszy bilet wypisywał 20 minut. Szybki rachunek (20 minut razy 32 bilety) w głowie Hani przyniósł wynik oszałamiający – dziesięć i pół godziny. Zapowiadało się nieźle. Do 16 Pan się wyrobił!

Michał pojechał do Brześcia po bilety kolejowe. Aby dostać się do „kraju o największej powierzchni lodowisk na mieszkańca” czeka nas wizyta w ambasadzie. Jak zwykle coś nowego. Na wizę trzeba czekać tydzień. Nadal trzeba mieć ubezpieczenie. Ciekawe do kogo należy ubezpieczyciel „Europa”, jedyne miejsce gdzie wydają ubezpieczenie respektowane przez Ambasadę Republiki Białorusi. Nazwa też jest ciekawa. W zeszłym roku pytana Pani w okienku powiedziała że ubezpieczenie nie działa w Europie tylko na Białorusi.

W Kirgizji też coś się dzieje. W końcu nie może być nudno. Zgodnie z rozporządzeniem Prezydenta Kirgistanu Polacy mogą przebywać w Kirgistanie bez wizy dwa miesiące. I to bez rejestracji. Podobno, oczywiście, policja o tym nie wie. Metodą jest chodzenie z wydrukiem tekstu tego rozporządzenia po rosyjsku. Tak też zrobimy! Już się cieszę na te niekończącej się rozmowy z milicjantami i to niedowierzanie w ich w oczach rozkochanych w pieczęciach, papierach, zaświadczeniach, zgodach, pozwoleniach, rejestracjach, formularzach. Jak to ich Państwo zwolniło kogokolwiek z konieczności dopełnienia tej najwspanialszej w świecie liturgii – obrzędu biurokratycznej inicjacji? Świat się wali!

Tadżycy nie mogli być gorsi. Tej wiosny zamknęli drogę, którą otworzyli dwa lata temu. Dla czego? Nikt chyba nie zapytał. Czeka nas dalszy ciąg niezłej zabawy.

piątek, 19 sierpnia 2005

Smutny Kirgiz

19.08.2005

Czuję się jak cham! To tacy jak ja wszystko mu zabrali! Patrzę na smutnego Kirgiza; Kirgiza dla turystów, w jurcie dla turystów, na pastwisku dla turystów. Jesteśmy w Balunkul, niemalże w samym sercu Pamiru, w okolicach jezior Yashil i Balun Kul. Jesteśmy na wielkim pastwisku!

Pamir Wschodni, ogromny płaskowyż rozciąga się pomiędzy doliną Wakhanu (i Hindukuszem) na południu, Kashgarem (i pustynią Taklamakan) na wschodzie, Zaalajskim grzebietam na północy. Od zachodu opada stromo w doliny Pamiru Zachodniego. Płaskowyż pamirski to twierdza broniona ze wszystkich stron ścianami niemożliwych przewyższeń. Ogromny obszar położony na średniej wysokości 4200 m n.p.m. jest górską pustynia - piasek, kamienie, płaszczyzny białej soli. Bogactwem tej krainy, dawcą życia są łąki, jajły – pastwiska. Dzięki nim żyją tu górskie kozły Marco Polo, dzięki nim żyją tu ludzie. Najcenniejsze są łąki turzycowe (kobierce Carex spp. i Kobresia spp.), nieprawdopodobnie produktywne, które rozciągają się w dolinach nielicznych rzek i nad brzegami jezior; w miejscach takich jak okolice Yashik Kul! Przez wieki terenem tym rozporządzali Kirgizji. W lecie na jajłach wypasali bydło. Nad jeziorem Yashil Kul pojawiały się jurty. Jesienią, uciekając przed nadchodzącymi mrozami, Kirgizji pędzili ogromne stada Jaków przez przełęcze Kyzyl-Art i Jiptik na targi miasta Osh, - bramy kotliny Fergańskiej. Zima na płaskowyżu pamirskim to piekło – temperatury spadają do -50°C, wieją huraganowe wiatry. Nie ma lasów – nie ma opału. Jest się odciętym od świata. Zimą Pamir Wschodni pustoszał. Wszytko miało swój odwieczny sens, logikę; było spójne. Teraz jest inaczej.

W Europie: 9 listopada 1917 w Sowieckiej Rosji II Ogólnorosyjski Zjazd Rad Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uchwalił Dekret o Ziemi – akt prawny znoszący własność prywatną. Dzięki temu zaczęto tworzyć kołchozy i sowchozy. W 1924, a ostatecznie w 1926 sowieci podzielili Azję Centralną – powstały Kirgiska i Tadżycka SRR. Powstały granice; granice geograficznie, kulturowo, historycznie kuriozalne. W 1931 wybudowano Szosę Pamirską. Teraz by dojechać do Osh, trzeba było wspiąć się na 4 przełęcze.

Kirgizji przestali pędzić swe stada. Letnie i zimowe siedziby znalazły się dwóch różnych republikach/państwach. Na płaskowyż Pamirski sprowadzono osadników – prowadzących osiadły tryb życia Persów – Pamirców, który niewiele mieli tu do roboty; nigdy nie zajmowali się koczowniczym wypasem. Ale BYLI – w sowieckiej Rosji musiały być osiedla, wsie, miasteczka i miasta. Nad Yashil Kul powstał sowchoz. “Największy sowchoz hodujący Jaki w Związku Radzieckim” mówi z dumą mieszkający w nim mężczyzna. Tak jakby w całym Związku nie robiono nic innego tylko hodowano Jaki, i bycie największym gospodarstwem było nieprawdopodobnym sukcesem. Siła hasła!? Mówi to mężczyzna wyglądający na 70 lat. Pewnie ma około trzydziestki – parę koszmarnych zim ma już w końcu za sobą. Mówi to mieszkaniec Balunkul – zgrupowania kilku domów na pustynnym skraju turzycowej jajły, gdzie w sierpniu w nocy jest -10°C a mieszkańcy co wieczór gromadzą się oglądając brazylijski serial, przerywany reklamami koronkowej bielizny; rzeczy których nie widzieli nigdy na oczy, w sytuacji gdy do najbliższego sklepu jest 10 godzin jazdy samochodem. Nic nie ma sensu w tej teraźniejszości.

Niedaleko jakaś firma turystyczna postawiła jurty dla turystów. Widzieliśmy jak przywozi ich na 2-3 godziny terenowymi samochodami. By zaznali egzotyki. Już wewnątrz przewodnik po angielsku opowiada o kulturze Kirgizów. Dumnych koczowników, Kirgizów! W jednej z jurt siedzi smutny Kirgiz oparty o ścianę. Nawet nie patrzy na robiących zdjęcia.

piątek, 5 sierpnia 2005

Powrót do Pandżykentu

Zasuszony, przygłuchy dziadek; nasz kierowca. I jego boska maszyna – 20-letni moskwicz. Nie to co samochody robione współcześnie; z kiepskiej blachy. Za Związku Radzieckiego nawet blacha była lepsza, nie mówiąc już o życiu.

Schodzimy z Fańskich Gór. Kilkanaście kilometrów wcześniej nie zdążyliśmy na autobus. Teraz szukamy w wiosce samochodu i znajdujemy! Dziadek chce jechać do Pandżykentu, do miasta. Ma tam pewnie coś do załatwienia . Właściwie to spadamy mu prosto z nieba. Co prawda, chcemy jechać tylko do głównej szosy, tylko 20 kilometrów. Dziadkowi wystarczy do końca udawać, że nie usłyszał, nie zrozumiał. Wystarczy konsekwentnie, z miną dementa, powtarzać to, co my chcemy usłyszeć – Pandżykent – tak, Pandżykent – oczywiście, Pandżykent – już jedziemy. Wystarczy z błogim uśmiechem tłumaczyć, że na szosie już dzisiaj nie będzie żadnego autobusu do miasta i uśmiechać się nadal, gdy autobus za napisem Pandżykent nas mija.

Uśmiech tryumfu i zadowolenia! Zgadzamy się pojechać boskim moskwiczem dalej, do samego Pandżykentu. I już rozumiemy, że to dziadek jest cwaniakiem, wiekowym spryciarzem, a my jesteśmy tu tylko, żeby zapłacić za benzynę.

Dziadek był właścicielem jedynego samochodu we wsi. We wsi, w której stoją ze dwie setki budynków. Trafiliśmy do niego prowadzeni labiryntem uliczek i podwórek. W pertraktacjach uczestniczyła oczywiście cała rodzina i pewnie z pół wsi.

Czekamy na samochód – nasza piątka siedzi na plecakach, a w około miejscowe dzieciaki. Chłopcy bez skrępowania siedzą i komentują. Dziewczynki dwójkami, trójkami pojawiają się i znikają. Nie wiadomo tylko, czy im nie wypada przyglądać się nam tak ostentacyjnie, czy też już u dzieci Azji Centralnej istnieje prosty podział: kobiety pracują, a mężczyźni się opieprzają. Może one nie mają czasu na nas patrzeć, nie mają czasu wymieniać spostrzeżeń – każda z osłem, krową, baranem, czy naręczem siana.

Mężczyźni to co innego. Oni są przeznaczeni do celów wyższych – a czy może być coś bliższego życiu filozofa niż siedzenie w kucki całymi dniami na środku wioskowego forum i dyskutowanie o życiu.

Nasze plecaki i nasza piątka nie zrobiła na dziadku żadnego wrażenia. Nie drgnęła mu również powieka, gdy wiążąc plecaki do samochodu wgnietliśmy mu dach. Dach udało się zresztą odprostować w Pandżykencie jednym uderzeniem pięści. Bez śladu. Sowiecka blacha rzeczywiście jest dobra.

niedziela, 31 lipca 2005

Takie dni!

Dni kiedy wieczorem z dumą możesz sobie powiedzieć "szliśmy dziesięć godzin – zrobiliśmy trzy kilometry". Dni męczące, koszmarne, dni przedzierania się przez chaszcze, łażenia po rumowiskach porośniętych jeżynami, dni znikających ścieżek. Godziny podchodzenia, wdrapywania się, obchodzenia, cofania, przekraczania piekielnych rzek, dni poranionych nóg. Dni przeklinania pod nosem. Dni, które mają nazwę.

Jak zwykle wszystko zaczęło się niewinnie. Pod nami było widać dno doliny; stok, po którym mieliśmy schodzić – owszem stromy, ale przecież porośnięty, zielony; żadnych skał!

Stwardniały na beton drobny żwir, stromo, żadnego oparcia dla nóg. Ogromne rośliny rzadko porastające stok skutecznie przesłaniają ziemię pod nogami. I unoszący się wszędzie zapach kopru, wielkiego kopru – najpierw piękny, później duszący, drażniący. Pierwsza zsuwa się Justyna. Poranione ręce i nogi. Skwaszona mina. I zaczyna się zabawa: zjazdy na linie w warzywniaku; stanowisko zakładane z dwóch czekanów wbitych w ziemię. I dalej marsz po śniegowym błocie nad samą rzeką. Pierwszą skałę zagradzającą drogę udaje się obejść górą. Ma jakieś dwa metry wysokości; pięciu osobom zajmuje to godzinę! Pierwsze przejście przez rzekę. Lodowata woda; taka, w której po wejściu boli całe ciało. I prąd, który zwala z nóg i śliskie kamienie. A później kolejne rumowisko; dwieście metrów podejścia po chwiejących się kamieniach. Tylko po to, żeby się przekonać, że dalej iść się nie da. A dno doliny jest tak blisko. No i powrót. Znowu przez rzekę, znowu w monstrualnym warzywniaku.

Wieczorem znowu dobrze widać dno doliny, widać też miejsce, do którego doszliśmy – jakieś półtora kilometra stąd. To był dzień w „wielkim warzywniaku”.

Te dni się pamięta. To był kolejny taki dzień.